Praca badacza wiąże się z wieloma wyjazdami. Wyjeżdżamy z
domu pełni energii ciesząc się na możliwość zwiedzenia nowego miasta, albo ponownego
zobaczenia poznanych już miejsc.
Ale zdarza się, że już podczas podróży w pociągu przewieje
nas i do hotelu docieramy ze stanem podgorączkowym. A przed nami perspektywa
spędzenia w tym mieście 3 kolejnych dni. Bez swojej apteczki i ciepłego łóżka.
I jeszcze musimy być zwarci i gotowi do pracy. Bierzemy więc
garść leków i kładziemy się spać z nadzieją, że rano będzie dobrze.
Ale ostatnio przekonałam się, że moja choroba to
świetny sposób na lepsze poznanie
informatorów, których odwiedzałam. Już w założeniach badania panie były
podzielone na 2 segmenty. A mój stan pozwolił mi przekonać się, że te
informatorki różnią się nie tylko podejściem do gotowania. Różnią się także
podejściem do drugiego człowieka.
Pierwszego dnia miałam wizytę u pani, która widząc moją
bladość przebiegła 3 piętra w poszukiwaniu u sąsiadów leków, które mogłyby mi
pomóc. Poprosiła córkę o sprawdzenie w Internecie co z domowych sposobów może
mi zaaplikować. Dzięki przerwie, w której dostałam leki, ziółka i która
sprawiła, że poczułam się o wiele lepiej dużo dowiedziałam się także o mojej
informatorce jako człowieku. Widząc jak bardzo zależy mi na dokończeniu badania
była totalnie skoncentrowana i też zaczęło jej zależeć na tym, żeby przekazać
mi jak najwięcej informacji.
Na pożegnanie dostałam paczkę tabletek,
zapewnienie, że mogę zadzwonić w każdej chwili pobytu, to mi pomoże, bo przecież
jestem w jej mieście sama. Po kilku dniach wysłała mi maila z pytaniem jak się
czuję.
Gdyby nie moja choroba nie dowiedziałabym się o niej tak
dużo. Bo oprócz informacji o samym produkcie dostałam także pełen obraz
kontekstów w jakich moja informatorka będzie go używać.
Panie z drugiego segmentu pytały tylko czy nie zarażam.
Dzięki „mojej” informatorce jeszcze chętniej będę wracać do
tego miasta :-)
Agnieszka Narwojsz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz